Spoiler alert – jednak nie wszystko stracone. Ale, aby zrozumieć dlaczego, trzeba dotrzeć do końca tego wielowątkowego artykułu. Moja opowieść to głównie moje spojrzenie, choć odważam się czasem użyć liczby mnogiej, widząc jak wiele matek zmaga się z tymi samymi tematami. Warto też, dla perspektywy, zacząć od tego, w jakiej sytuacji jestem. Kiedy to piszę – matka 9-miesięcznej Lu, żona artysty pracującego na pełen etat (głównie w domu) i artystka sama w sobie, freelancerka na własnej działalności, karmiąca piersią i będąca na urlopie macierzyńskim z własnej woli, dorabiająca i realizująca się zawodowo w miarę możliwości między karmieniami. Najmłodsza z trójki rodzeństwa, żyjąca aktualnie między Polską – Warszawą, a Urugwajem – wiejskim domem pośrodku hektarów natury.
A skąd tytuł? Bo mój mózg lubi generalizować. Lubi wyolbrzymiać, koloryzować, a szczególnie kiedy jest mi trudno. W całym artykule wylewam żale z doświadczeń macierzyństwa, jak wtedy, gdy wracałam zmęczona (tego dnia powiedziałabym “umordowana”) do domu ze spaceru z dzieckiem i pomyślałam “Wszystko się zjebało…”. Jednakże piszę i o drugiej stronie medalu, o tym jak wiele w mojej głowie odwróciło się o 180 stopni (co nie znaczy, że te żale nie wracają w przypływie trudnych emocji). Jak widać mam talent do nadużywania mocy, którą daję słowom. A lubię nadawać moc i obrazom…

Jestem kuratorką wystawy. Wystawy obrazków idealnych.
Przyszedł do mnie ten widok, gdy przetrawiłam wiele sesji terapii (tu warto zaznaczyć, że nie jest to typowa terapia a forma medytacji, która budzi, poszerza świadomość i daje narzędzia do samodzielnego odkrywania siebie). To był jeden z tych momentów, gdy puzzle, dotychczas lewitujące gdzieś w przestrzeni wyobraźni, złożyły się w całość i ukazały mi piękną metaforę mojego sposobu radzenia sobie z rzeczywistością.
Jestem jebaną romantyczną marzycielką. Niby wiedziałam od dawna, że jestem naiwna w swoich wyobrażeniach świata i relacji międzyludzkich, no ale jak to osoba naiwna i przy tym uparta, wierzyłam również, że “this is the way” i że warto marzyć. Aż tu nagle przyszła na świat Luana i zrobiła porządek w mojej pięknej, wyśnionej galerii. Jebła tymi obrazkami o podłogę. Podeptała. Pogniotła. Spaliła.
A zrobiła to z niesamowitą gracją i dostojnością wielkiego mędrca-mentora. Czułam już od pierwszych tygodni ciąży, że moje dziecko przyniesie na świat mądrość spoza mojego rozumowania. Ale takiej mocy nie spodziewałam się ani odrobinę. Wszystko, co nie było stabilne i trwałe, zjebało się. Wszystko, co było wydmuszką, idealnym obrazkiem, który podziwiałam, fotką perfekcyjnej chwili, bez głębi i kontekstu, jak to świetnie opisuje Phil Stutz.
Opłakuję zatem i jednocześnie podśmiechuję się z tych dzieł, których szczątki zamiatam z podłogi. Ten artykuł spisuję na pamiątkę i dla przypomnienia procesu nauki, docenienia pracy, którą przyszło mi wykonać dotychczas. Zbierając to wszystko w całość widzę, że nic nie jest czarno-białe i jak wiele jest odcieni pomiędzy dwoma skrajnościami. Niektóre z moich wypowiedzi brzmią groteskowo, a niektóre nawet same sobie zaprzeczają. Myślę, że to świetnie oddaje to, jakim rollercoasterem jest macierzyństwo, a tym samym życie samo w sobie. A więc popłaczmy i pośmiejmy się razem.

Święta matka karmiąca
Na żądanie, to znaczy wtedy, kiedy dziecko chce i tak długo jak chce. A do tego jeszcze tak długo jak mama chce. Moja mama karmiła mnie 4 (!) lata, więc presja była niezła (moja własna, nikogo innego). Uważam, że karmienie piersią to najpiękniejsze doświadczenie macierzyństwa i jednocześnie teraz, z perspektywy czasu, największe obciążenie. Na podwalinach mojego własnego podejścia do życia – bliskiego natury, zdrowego, minimalistycznego, polegającego na zapobieganiu a nie leczeniu, a zatem chęci karmienia wyłącznie piersią (i to jak najdłużej) i z pomocą książki “Karmienie piersią”, zbudowałam jeszcze w ciąży (wiadomo, wtedy wszystko związane z macierzyństwem wydaje się takie piękne i wspaniałe, a przede wszystkim wciąż wierzysz niezłomnie, że “dasz radę”) szczelną blokadę przed wszystkim co “beee” według Magdy Karpieni, autorki tejże publikacji. Dałam się wciągnąć w wizję idealnego macierzyństwa opartego na karmieniu wyłącznie naturalnie, bez smoczków, bez butelek, bez laktatora, bez mleka modyfikowanego. Nigdy nie lubiłam gadżetów i ułatwień tam, gdzie wiedziałam, że rzeczywiście są zbędne. Ale gdy moje nowo narodzone dziecko nie chciało zasnąć przez 3 godziny, płacząc wniebogłosy i przez ten cały czas musiałam je nosić na rękach i skakać na piłce, być może ten smoczek by mnie uratował i kupił chociaż chwilę na oddech. Albo gdy dostałam możliwość powrotu do pracy, która trwałaby dłużej niż 2-3 godziny między karmieniami, butelka dałaby mi wolność wyjścia z domu bez stresu, że dziecko wpadnie w szał z głodu. Szybko też odrzuciłam ideę odciągania mleka ręcznie, bez laktatora. Co prawda odciąganie tym sprzętem nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń i powodowało we mnie odruch wymiotny na samym początku, to jednak samo to jest wymagające, a co dopiero praca dłoni, masaże i wyciskanie po mililitrze mleka własnymi siłami, oddzielnie z każdej piersi. Zarówno butelka jak i smoczek pewnie by mnie też uratowały w nocy i dały mi spać, a także dałyby narzędzia mojemu partnerowi, by odpowiadać na potrzeby dziecka i poczuć się równo-ważnym rodzicem. Ja jednak wybrałam bliskość i naturalne podejście i dałam im zbyt dużą moc, by mieć siłę przebicia proponując dziecku mleko w butelce. Gdy któreś z nas próbowało (wszelkimi możliwymi sposobami i butelkami) Luana robiła się cała czerwona, krzyczała i płakała, odpychała butelkę i tylko cycek mógł nas uratować. To samo dzieje się czasami w nocy, gdy budzi się i nie potrafi dalej zasnąć sama. Dopiero teraz zrozumiałam, że to fiasko spowodowane było moim brakiem przekonania do tego rozwiązania i swego rodzaju trzymaniem się kurczowo (głęboko w podświadomości) karmienia piersią i nie “zepsucia go”. W desperackiej potrzebie snu szukałam już nawet mleka modyfikowanego, którym zastąpiłabym czasem swoje. Ale i tu zabrakło mi wiary i przekonania, że to jest dobre dla mojego dziecka (i dla mnie). Dotarło do mnie, że we wspomnianej wcześniej książce, wszystko jest napisane ze swego rodzaju atakiem na kobiety, który odbieram jako wiadomość “Nie narzekaj, tylko karm! Twój sen nie jest ważny, Twoje obolałe piersi nie są ważne, Twoja wygoda nie jest ważna. TWOJE MLEKO I TWOJE DZIECKO SĄ NAJWAŻNIEJSZE!“. Rozumiem perspektywę adwokatki karmienia naturalnego, którą jest autorka i ogromnie doceniam wiedzę, którą przekazała w tej książce. Pomogła mi przetrwać pierwsze trudności z karmieniem i zrozumieć potrzeby mojego dziecka. Jasne, moje dziecko jest dla mnie najważniejsze i rozumiem wartość karmienia piersią. Znam jednak niejedną kobietę, która wpadła w sidła myślenia o sobie jak o niewolnicy przez właśnie takie źródła “inspiracji”.
Ja sama żałuję czasem, że nie mogłam wyjść wieczorem z koleżankami. Żałuję, że nie mogłam wyjechać na dzień czy dwa odpocząć, odsapnąć. Że nie wróciłam do pracy w pełni wymiaru. To nie znaczy, że byłam nieszczęśliwa. To, że się nie udało wprowadzić butelki jest spowodowane luksusem, jakiego doświadczam – mam wybór. Mogę zostać w domu, nikt mnie nie trzyma tu na siłę. Buduję też silną relację z moją córką, uwielbiam na nią patrzeć, spędzać z nią czas, uczyć się od niej. W perspektywie całego okresu jej życia, ten rok, dwa czy trzy to jest niewiele. Gdybym nie miała wyboru, poszłabym do pracy i zarówno mąż jak i dziecko musieliby sobie jakoś poradzić. Zaakceptowałam tą kolej rzeczy i dziwne spojrzenia znajomych (ehhh, mój umysł mi podpowiada, że moje wybory są oceniane, ale przecież tylko ja sama je oceniam). Zrobiłam jak umiałam i dumnie wieszałam ten idealny obrazek matki karmiącej w mojej galerii. Teraz już mogę uczyć się na zgliszczach tego dzieła mojej wyobraźni, które moje dziecko tak radośnie i ze smakiem spaliło.

Razem łatwiej
Bardzo ciekawym zjawiskiem, jakiego doświadczyłam jest trudność we współpracy z partnerem przy podziale obowiązków w domu i przy dziecku. Od zawsze miałam z tym problem, ale dziecko to jeszcze uwypukliło. Byłam przekonana, że relacja jest mi potrzebna, by wszystko było łatwiejsze. Bo jak gotować to dla dwójki, bo ktoś coś ogarnie za mnie (słaby pomysł), bo mamy 4 ręce zamiast dwóch. Nagle pojawia się dziecko, jeszcze więcej obowiązków i jeszcze mniej czasu. I okazuje się, że jestem w stanie, a nawet preferuję, zrobić to wszystko sama i wolę by partner zniknął z zasięgu mojego wzroku. Jego obecność w domu mnie czasem denerwuje. Wkurza mnie, gdy nie robi tego co ja, “nie pomaga” tylko realizuje swoje rzeczy, swoje potrzeby. Śpi, gdy ja nie mogę, nie zmywa naczyń przez 3 dni, ale ma czas zdzwonić się na kilka godzin ze znajomymi, czy nie myśli o tym, że trzeba zrobić zakupy rano, bo nie mamy nic na obiad. I fascynujące jest to, że wiele kobiet, z którymi o tym rozmawiałam czuje dokładnie to samo. Wolą być same w domu, bo wtedy wszystko jest ogarnięte tak jak tego potrzebują i oczekują – od siebie samych. Są szczęśliwsze, mniej napięte, zadowolone ze swojego dnia. Nie mogłam zostawić tego fenomenu bez głębszej analizy i przychodzi do mnie przede wszystkim bardzo prosty wniosek – współtworzenie jest trudne i łatwiej jest z niego zrezygnować, niż wysilić się mentalnie i nauczyć się komunikacji i współpracy. Współtworzenie wymaga cierpliwości, zrozumienia, tolerancji, wolności, wyznaczania i respektowania granic. To wszystko piękne, ale trudne do wyegzekwowania wartości. Łatwiej jest porzucić to wszystko i robić po staremu – według szablonu zosia samosia, czy innych programów, które nam wgrano od malucha jak nie wcześniej. Te oczywiście mają swoje konsekwencje i cenę, bo stawiają mury między partnerami zamiast budować mosty. Znamy przecież bardzo dobrze obrazki “matki cierpiącej”, tej która się poświęca, tej, pod którą się uginają nogi ze zmęczenia, bo “tyle się nagotowała, żebyśmy mieli co jeść”.
Czuję jednak, że to jest bardzo naturalne, że jesteśmy same z dziećmi, a żywiciel godzinami czy dniami poluje w dziczy na kolację. Każdy miał swoje kompetencje i nikt się nie mieszał w nie swoje sprawy. To silnie zakorzeniony podział ról, który teraz nam się zachciało zastąpić nowoczesnym modelem rodziny. Równością, równym udziałem, równym zaangażowaniem. To wielka zmiana w naszych trzewiach, w wielopokoleniowych korzeniach. A zmiany, szczególnie te głębokie, nie przychodzą łatwo. Nie da się w wyrwać z ziemi starego drzewa. Widzę to chociażby w mojej urugwajskiej rodzinie. Widnieje wyraźny podział obowiązków i sfer, którymi każdy się zajmuje. To nie znaczy, że ojciec kompletnie nie spędza czasu z dziećmi, ani nie potrafi gotować, a matka nie może realizować się zawodowo. Ale widać, że nikt nikomu nie mówi jak ma wykonywać swoje obowiązki, a każdy jest szczęśliwy i spełniony (a przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz, co planuję poddać dyskusji z moją nową rodziną).
W teorii jak widać mam to już w miarę ładnie rozpisane. Ale w praktyce kuleję i pewnie jeszcze bardzo długo, jak nie zawsze, będę uczyła się jak współtworzyć z partnerem. Odnajduję inspirację w mojej teściowej, która czasem z większą, czasem mniejszą radością codziennie zamiata podłogę, gotuje dla całej rodziny i odnajduje w tym swoją rolę, swój cel. Wydaje mi się, że jest to kwestia mindsetu – albo akceptujesz to, gdzie jesteś, kim jesteś, co potrafisz, co jest dla Ciebie ważne i co możesz wnieść do rodziny albo się temu sprzeciwiasz (wewnątrz) i toczysz nieustające walki (ze sobą, a co za tym idzie z innymi członkami rodziny). Ale pójdźmy głębiej w ten temat.
Podział 50-50. I jeszcze on ma robić to co ja i tak jak ja.
Najlepiej po prostu ja-matka i ojciec-taki-jak-matka.
Dupa. Nie ma czegoś takiego. Zostałam domyślnym rodzicem, a facet tym zapasowym, gdy ja zaniemogę. Nie tak się umawialiśmy. Nie taki wisiał obrazek w galerii. Nie tego oczekiwałam. Dziecko się budziło rano, a mój facet obracał się plecami do mnie, zakrywał się kołdrą i dalej spał (czasem powiedział “tylko 5 minutek i wstaję”, a te 5 minut trwało i godzinę – wyobraźcie sobie moją złość i rozczarowanie). Gdybym ja tak zrobiła zaistniałabym w swojej ocenie jako beznadziejna matka. A on po prostu brał co jego i ja to teraz szanuję. Szkoda tylko, że ja tak nie umiem.
Oczekiwania to moja odwieczna lekcja i mam do powiedzenia tylko jedno zdanie w tym temacie – oczekiwać możesz tylko od siebie.
Ten równy podział i w ogóle oczekiwanie od facetów, że będą robić więcej niż stereotypowy ojciec (wraca z pracy i ewentualnie wykąpie albo da buziaka na dobranoc jako jedyną formę interakcji z dzieckiem) to dla mnie jest wszystko presją społeczną. Zrozumiałam, że nikt przecież nie zastąpi matki ani nikt nie zastąpi dziecku ojca. Matka nie może być ojcem, ani ojciec matką. Ja jestem potrzebna w tej rodzinie jako ta czuła, wrażliwa, dbająca o szczegóły, taka jaka jestem. A on jest potrzebny z dystansem, luzem i stanowczością, taki jaki jest. Zatem on nie przejmie ode mnie połowy obowiązków, bo ten pierwszy rok życia dziecka jest kontynuacją ciąży i stopniowym oddzielaniem się od matki. To ja ją nosiłam w brzuchu i choćby stanął na głowie, nie doświadczy tego tak jak ja. Można by powiedzieć, że znam się z Lu dłużej niż jej ojciec. Dlaczego więc miałabym oczekiwać, że będzie miał z nią taką samą relację i tak samo się nią zajmował? Rozumiem już, że do tego potrzeba czasu i wszystko jest kwestią indywidualną.
W pierwszą pełnię księżyca po urodzeniu Lu, trzymając ją na rękach gdy zasypiała spojrzałam na niebo. Tego dnia księżyc w Wadze mówił do nas o balansowaniu. Zapisałam w notatniku takie słowa:
“Czymże jest balans? Przyszła do mnie wdzięczność i miłość, a z nimi myśl, że balans to nie dwie idealne połówki. To nie poczucie sprawiedliwości, że podział jest równy. To cierpliwość do poszukiwania tego, co czuje się dobrze między dwoma skrajnościami.”
Naczytałam się artykułów o fantastycznych podziałach ról w rodzicielstwie, o tym, że facet jest niesamowicie zaangażowany (mówi “jesteśmy w ciąży”, opiekuje się dziećmi, gdy matka pracuje albo imprezuje) i nasłuchałam się od znajomych jak są świetnie zorganizowani (wszystko przecież jest kwestią organizacji, phiii) i mi się zachciało takiego idealnego obrazka. Jeśli mam być matką, to tylko tak! – powiedziałam partnerowi tupiąc nogą. Potrzebowałam poczucia równowagi, sprawiedliwości. Bo wiemy już na przykładzie swoich mam i memów o nas, że matki mają przejebane. Wiemy, że są przemęczone, chronicznie niewyspane (wolą wyrzucić faceta na kanapę, żeby ich nie wkurwiało, że on smacznie śpi, a ona karmi), zapracowane, rozkojarzone, zaniedbane… i tu muszę rozwinąć, że nie mówię o regularnym goleniu pach, umyciu włosów czy noszeniu ubrań postrzeganych generalnie jako atrakcyjne, bo te kwestie dla mnie już dawno nie stanowią o dbałości, a tylko o powierzchowności. Mówię o #osiędbaniu, o spełnianiu swoich potrzeb, by czuć się pełną, o nieprzekraczaniu swoich granic, o kochaniu samej siebie. I tak oto płynnie przechodzę do kolejnego obrazka w galerii.

Najpierw nałóż maskę tlenową sobie, potem pomóż dziecku.
No jak ja mam dbać o siebie? Kiedy? Nie ma na to przestrzeni, bo myślę nie tylko o tym co dziś zjem, ale też co podać dziecku, a jak tego nie zje, to co innego przygotować. Nie wspominając, że każdy posiłek powinien być pożywny, bogaty w witaminy, przygotowany w domu z jak najmniej przetworzonych składników, a nie tylko chrupki kukurydziane czy krakersy, które jak na złość wchodzą najlepiej i wystarczy je kupić. Potem trzeba umyć wszystko i przeprać śliniak. Przebrać dziecko w suche ubrania. O, znowu pielucha pełna. A przy okazji jeszcze mama da witaminki, dziś niedziela więc dwie kropelki. Ojej, znowu skóra przesuszona, to trzeba nałożyć krem. Musimy przeglądać i aktualizować regularnie szafę dziecka, które wyrasta z niektórych rzeczy zanim je założy. Musimy ogarniać harmonogram dnia, kiedy na spacer, kiedy pora na sen, kiedy zrobić zakupy, kiedy zdążę coś ugotować, kiedy oddzwonić do klienta, żeby akurat dziecko nie “jęczało” za plecami… To jest nieskończona lista zadań, logistyka, planowanie. KAŻDEGO DNIA OD NOWA.
Nie wiem, czy to kwestia mojej osobowości z wysoką wrażliwością, ale dla mnie to już jest dużo i kiedy mam chwilę spokoju, dziecko się bawi samo albo drzemie, to ja na serio mam ochotę leżeć i patrzeć w nicość albo spać. Resetować się, ładować baterie, by mieć siłę i być znów chociaż na te 80% dla dziecka, by nie zwalić czegoś, nie zapomnieć, nie rozzłościć się bez powodu, bo jestem zmęczona i nie nakrzyczeć jak mnie ugryzie (bo to przecież z miłości, prawda?).
Odkąd moi bliscy mieli dzieci, którymi czasem się zajmowałam, zrozumialam, że będę mieć problem z przebodźcowaniem jako matka. Wiedziałam, że nie dam rady bawić się za długo z dzieckiem czy zajmować się nim non stop przez wiele godzin. Gdy jest za głośno i za dużo, mój mózg się wyłącza, odlatuję gdzieś myślami, rozostrzam wzrok i znikam duchem. A jeśli nie mam takiej możliwości, to szwankuje mi cierpliwość, kreatywność, produktywność, energia. Jestem jak balon bez powietrza. I teraz, co robi mój partner jak ma dosyć zabaw z dzieckiem? Na przykład siada przy komputerze z nią na kolanach i robi swoje rzeczy – ogląda filmiki, gra w gry, pracuje, itp. I znowu, ja bym w życiu tego nie zrobiła, bo nie chcę by dziecko spędzało czas przy ekranie i patrzyło na obrazy nieadekwatne dla jej wieku. Innym przykładem jest to, jak on wstawał rano i miał w dupie, że dziecko jest wciąż w piżamie czy powinno zjeść śniadanie. Albo przegapiał porę drzemki. On siadał i robił swoje rzeczy. A ja, nie akceptując “braku porządku” przebierałam dziecko i robiłam śniadanie, kładłam na drzemkę, wkurwiając się, że nie mam dla siebie czasu rano i że tylko ja jestem odpowiedzialna za gotowanie dla niej. Ale wychodzi na to, że mój facet dużo lepiej sobie radził z dbaniem o siebie niż ja. On potrafi żyć bez problemu w rytm “me first”. Zaczęłam więc komunikować jasno, że potrzebuję chociaż dwóch poranków w tygodniu na jogę, dłuższy prysznic, czy pracę. Zapisałam się z powrotem na boks, a w drodze powrotnej zaglądałam do ulubionej kawiarni. Potem jednak, z brakiem tchu pedałowałam co sił w nogach do domu, żeby zdążyć z karmieniem zanim rozpęta się burza. Czy mój facet kiedykolwiek spieszył się do domu, by zdążyć zobaczyć się z dzieckiem zanim pójdzie wieczorem spać albo pomóc mi ją wykąpać? Nope. Potrafił zostać zatrzymany na przystanku przez znajomych i wracać do domu dwa razy dłużej niż zwykle. Czy go obwiniam? Nie, ale dla niewyspanej i przebodźcowanej matki nie był to afrodyzjak.
Piszę to wszystko pół żartem, pół serio. Jasne, że czasem kipiała we mnie złość, poczucie niesprawiedliwości i “Jak to, kurwa, ja mam wszystko robić sama?! A gdzie się podziało partnerstwo?”. Były momenty, gdy myślałam, że mój związek nigdy nie był jak nudny i rozczarowujący. Ale z perspektywy czasu widzę, że to nie relacja, a moje wyobrażenia były nierealne i mogę powiedzieć “ufff, było minęło, teraz spróbuję zrobić to inaczej”.
Zdecydowanie w pierwszych miesiącach było mi trudno być matką i jednocześnie wystarczająco dbać o siebie. Nie dlatego, że było to niemożliwe w ogóle, ale chociażby dlatego, że mam takie uwarunkowania (wysoka wrażliwość) czy głębokie przekonania (matka musi wszystko ogarniać). Wierzę, że z czasem, kiedy dziecko zacznie odchodzić coraz dalej ode mnie, choć wciąż raz po raz patrząc przez ramię, czy jestem w zasięgu wzroku, będę mogła robić to, na co mam ochotę częściej niż teraz (bo na pewno nie tak jak kiedyś). Już teraz to odczuwam, i o, ironio losu, kiedy jestem na kompletnym zadupiu mam najwięcej czasu dla siebie. Więc może nie wyjdę wieczorem potańczyć, ale za to mogę jeździć konno, czytać książki (tym razem z większym dystansem niż w ciąży ;)) czy pisać ten artykuł. Pozwalam też Lu biegać w piżamie i jeść krakersy, bawić się obok taty grającego w God of War. To jest jej ojciec, kimże ja jestem, by go zmieniać dla niej?
Bliskość i seks
Skoro o partnerstwie i afrodyzjakach mowa, to nie da się nie wspomnieć tego, jak runął na podłogę obraz idealnej relacji i bliskości. Dziecko zdecydowanie zamieszkało między nami w łóżku i jest to tak krępujące jak brzmi. Śmiałam się pod nosem, gdy położna na szkole rodzenia mówiła “teraz musicie to zaplanować, wyjść na randkę, zatrudnić opiekunkę raz na jakiś czas”. I rzeczywiście na początku libido było tak zadziwiająco wysokie, że moglibyśmy rozpalić ognisko tym żarem. Jednak poharatana cipka wytrwale blokowała zbliżenie aż do końca połogu, a razem z tym libido spadło poniżej zera. Każdego miesiąca czułam jak oddalamy się od siebie, czasu jest coraz mniej na samo wzięcie prysznica, a co dopiero gry wstępne i należyte poświęcanie sobie czasu. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że każda matka tego doświadcza – byle szybko i cicho i tylko wieczorem jak dziecko zaśnie, ALE do tego dzień musiał być dobry i gdy nie jestem zbyt zmęczona i jeszcze do tego kiedy mam ochotę. Bo jak tu mieć ochotę na baraszkowanie, gdy cały dzień nosiłam kilka słodkich kilogramów na rękach, które nie chciały siedzieć w wózku? Ja mam po prostu ochotę poleżeć i zjeść dobry posiłek. Jak tu mieć ochotę na przytulanie, gdy cały dzień jestem dotykana, drapana, ciągnięta za włosy, szczypana w sutek i gryziona w nos? Ja mam po prostu ochotę pobyć w końcu sama. Jak tu mieć ochotę na całowanie i patrzenie sobie w oczy, gdy czuję się czasem nieatrakcyjna porównując się do innych matek czy innych kobiet, które widzę? Ja po prostu chcę wejść do wanny i zadbać o siebie. No i tu wchodzą te wszystkie głęboko zakorzenione przekonania, że kobieta powinna poświęcić się dla mężczyzny, że to obowiązek, że jak nie będę dla niego atrakcyjna, to on znajdzie spełnienie potrzeb gdzie indziej – o wszystkim tym pięknie piszą Zosia i Dawid Rzepeccy w książce ,,Życie seksualne rodziców”, dlatego lepiej jak przeczytacie o tym z perspektywy specjalistów. Jeszcze zanim zaczęłam czytać tą książkę zrozumiałam, że to się nie stanie samo, a powodem, że coś szwankuje w sypialni jest to, co się dzieje w innych sferach relacji. I dopiero gdy komunikacja jest dobrze wypracowana i jest miłość, to czas i ochota na bliskość czy seks przychodzą same. Nie zmienia to jednak faktu, że nasze rozmowy najczęściej brzmią “a wiesz co Luanka dzisiaj zrobiła?”…

Jestę interesująca.
No niestety, jestem monotematyczna. Łapię się na tym, że już nie tylko w relacji z partnerem, ale i z innymi bliskimi ludźmi opowiadam z fascynacją o kupie dziecka i o tym, czego się ostatnio nauczyła. Staram się jak mogę nie być tylko matką, mieć coś do powiedzenia na inne tematy, ale ciężko mi nadążać za czymś innym poza rozwojem duchowym i macierzyństwem. Nie mam przestrzeni na rozwijanie teraz zainteresowań, uczenie się czegoś nowego, czytanie książek czy oglądanie filmów. Lista pasjonujących mnie tytułów rośnie, a życie się skraca. W związku z tym (choć oczywiście nie tylko) ludzie wokół mnie powoli znikają. Szczególnie ci bezdzietni i ci z “odchowanymi” dziećmi. I ja to rozumiem. Ile można o tym samym słuchać? Ja też się wyłączałam gdy przyjaciółki, mające dzieci w podobnym wieku, rozmawiały o swoich doświadczeniach. Teraz tego żałuję, bo mogłam się czegoś od nich nauczyć. Ale są w życiu potrzeby ważne i pilne, jak to pięknie powiedziała moja przyjaciółka. I morał jest taki, że zbyt rzadko wybieramy te ważne, z poczucia palącej potrzeby zaspokojenia tych pilnych.
Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach ludzie interesują się nami, gdy robimy coś ciekawego. Bo inspirujemy, bo karmimy pomysłami, pomagamy zabić czas, gdy uciekają z rzeczywistości. A gdy znikamy z tej przestrzeni wzajemnej adoracji, przestajemy przyciągać uwagę i mieć wspólne tematy. Tylko ci, którzy lubią Cię za to kim jesteś, nie za to, co robisz czy jak wyglądasz (ha! oni też są ofiarami idealnych, zamrożonych obrazków!), zostaną przy Tobie. Ale i oni przeżywają trudny moment, gdy zobaczą Twoją transformację jako matka i będą musieli zdecydować, czy idą dalej w tą sama stronę co Ty, czy Wasze drogi się rozchodzą. Tym samym doszło do przetasowania moich znajomych i przyjaciół. Ci, którzy odzywali się, bo byłam aktywna online, teraz poznikali. Jest to też widoczne w mojej sferze zawodowej. Im mniej publikowałam w social media prywaty (a odkąd zaszłam w ciążę publikowałam mniej i mniej, aż niemalże zniknęłam po urodzeniu Lu), tym mniejsze było zainteresowanie współpracą ze mną nowych osób. Z kolei te, które współpracowały ze mną od dawna, aż czekały kiedy dam znać, że jestem gotowa do fotografowania i zrobiły wszystko, abym mogła pracować nawet z dzieckiem u boku. Niby to oczywista oczywistość w dzisiejszych czasach, nie istniejesz w sieci = nie istniejesz wcale, ale w moim wymiarze rzeczywistości, sieć to dodatek, nie główne medium. Ciekawe jest, że im mniej czułam się zagubiona w życiu i pełniejsza w sercu, tym mniejszą miałam potrzebę ekshibicjonizmu na social media, a poczucie potrzeby ochrony prywatności wzrastało wraz ze wzrostem poczucia własnej wartości (hue hue, a potem piszę takie obnażające artykuły). Od zawsze to kontakt z ludźmi w realu był i zawsze będzie dla mnie najbardziej wartościowy i ważny.
Macierzyństwo jednak wprowadziło mnie także w social awkwardness. W nowym środowisku wchodzę dużo częściej w tryb obserwatora, jak kiedyś, kiedy byłam nieśmiałą nastolatką. Wolę słuchać niż mówić, bo czuję, że staję się tą żenującą (ostre słowo, ale nie mogę znaleźć lepszego) kobietą, która myśli cały czas, że ma 20-kilka lat, nie ma pojęcia, o czym mówi młodzież i używa słów, które były cool kilka dekad temu, elooo. Może nadal mam poczucie humoru, ale w hermetycznym środowisku. Może nadal mam coś do powiedzenia, ale aktualnie głównie wśród młodych mam. Może kiedyś to się zmieni, a może zawsze tak już będzie. Jedno jest pewne, już nigdy nie będę tą samą kobietą, którą byłam przed urodzeniem dziecka.
Człowiek, a nie matka.
Zaraz… a może jednak odwrotnie? Matka, nie człowiek?
Zdecydowanie doświadczyłam załamania tożsamości. Doświadczyłam mnóstwo skrajności i zaprzeczeń w macierzyństwie, tak krótkim i jednocześnie trwającym wieczność okresie 18 miesięcy (wliczając ciążę).
Kojarzycie bohaterów w horrorach, którzy giną pierwsi? Tych, którzy się przechwalają na początku filmu jacy to są zajebiści, niczego się nie boją i zgrywają wszechmocnych? No to ja jestem właśnie taką postacią w tej historii. Ajjj, głupia. Oto jak myślałam, że pokonam przeznaczenie:
W ciąży byłam przekonana, że przechodzę wielką przemianę, staję się matką, nadczłowiekiem o nowych mocach, a poród odmieni mnie nie do poznania. No i cóż przyjście na świat mojej córki zrobiło? Rzeczywiście na chwilę stałam się kimś innym (a przynajmniej mi się tak wydawało), oksytocynową królową, lwicą z pełnymi piersiami i wyjebaniem na wszystko poza jej dzieckiem. Pamiętam jak pod koniec połogu na kontroli u położnej powiedziałam “Rozumiem dlaczego kobiety wpadają w depresję poporodową, widzę to i dotykam tego, ale potrafię nie wpaść w to bagno czarnych myśli.” I tak oto wydałam na siebie wyrok. Z tej hormonalnej mgły zaczęła powoli wyłaniać się jakaś postać. Zszedł haj popołogowy i pojawiło się podminowanie, ciemność, dół, brak pewności siebie, wątpliwości, krytykowanie swoich decyzji i kompetencji. Czy jestem wystarczająca? Czy wszystko dobrze robię? Czy jestem dobrą matką? Czy nie zepsuję mojego dziecka? Nieustanne podważania i rozważania. Ale też poczucie niemocy. Rezygnacja. Żal. Niezrozumienie. Zagubienie. Stara ja kontra nowa ja, mierzyły się w nieustających pojedynkach. Aż w końcu wyszło słońce, a w klarowności powietrza zobaczyłam, że jestem wciąż ta sama, tylko bogatsza o nową rolę, nowe wyzwania. Nie stałam się nagle tylko matką, a wszystko co było nie zniknęło. Na bazie tego, kim byłam dotychczas, zbudowałam nową tożsamość. Tydzień po porodzie zapisałam w notatkach: “Kiedyś mogłam i chciałam wszystko. Teraz nie chce mi się już nic, a jednak wciąż chcę tak dużo.” Warto rozwinąć tą myśl. Powstała ona pod wpływem uczucia, że macierzyństwo spełnia wszystkie moje potrzeby jako człowieka, niegdyś czującego się niepokonanym i podążającym za każdym swoim marzeniem, które okazywały się kruche, powierzchowne i zdecydowanie nie były źródłem szczęścia. Szczęścia trwałego, stałego i silnego poczucia spełnienia, którym stała się córka w moim życiu. Po jej urodzeniu poczułam, że to jest moje największe osiągnięcie – stworzyć życie, i w porównaniu to, co było przedtem to nic, to błahostka, to egoizm, to zakrywanie dziur i puste doświadczenia. Z drugiej strony macierzyństwo to też wyczerpujące doświadczenie. Dlatego miałam takie uczucie, że już nic mi więcej nie potrzeba, że nawet już mi się po prostu nie chce za niczym gonić. A jednocześnie czuję wszechmoc i potrzebę wyrwania się z tej bezpiecznej, słodkiej codzienności, tworzenia jeszcze więcej i jeszcze piękniej. Wierzę, że te słowa wypowiedziały ja-matka i ja-sprzed-ciąży, współgrające w harmonii. Ale znów… może to tylko przemawiały hormony?

