Depresja. Autoportret matki cz. 3

Pewnej nocy, gdy zarówno mój kilkumiesięczny syn i 3-letnia córka nie mogli spać, zapisałam w telefonie notatkę.

To nic nowego. Znam to uczucie bardzo dobrze. Nigdy się nie zmieniło. Tak jak zmienia się, poszerza wiele w przestrzeni pozytywnych, budujących schematów, których uczę się i odkrywam na nowo, tak destrukcja jest mi niezmienna od ponad 20 lat. 

To nie jest nowe, odwiedzam to miejsce już nie pierwszy raz. Moje myśli teraz:

“W ciemności chcę umrzeć. Przestać istnieć. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. A jednocześnie nie chcę zostawić ich samych i zranić moim zniknięciem i nieobecnością już do końca ich życia. Nie rozumiem życia i jego zasad. Nie widzę nadziei, że kiedykolwiek się do niego przystosuję. Nikt mnie w tym momencie nie wspiera, ludzie odwracają się ode mnie i zamiast mi pomóc, odciążyć mnie to jeszcze dodają więcej ciężaru pretensjami i oczekiwaniami. Choć to ostatnie czego potrzebuję, to mam wrażenie, że sama ich odpycham i robię wszystko, żeby odeszli, zostawili mnie, odrzucili, ranili jeszcze mocniej. Odcinam się od ciała. Ciało jest napięte i w nieustającym stresie. Trzęsie się. Oddech jest płytki. Czuję strach i nicość. Moja głowa jest bardzo ciężka i twarda. Chcę krzyczeć i milczeć. Chcę leżeć i nie poruszyć się choćby o milimetr i chcę biec, rzucać się i czymś, skakać. Chcę walić głową o ścianę. Mocno. Tak mocno by przestać myśleć. Chcę się ranić. Chcę by ktoś mnie ranił. Nie zasługuje na nic innego  Nie mogę siebie znieść. Jestem chujowa, beznadziejna. Nie nadaje się na matkę ani partnerkę. Nikt nie może mnie znieść, jestem okropna, nieczuła, nerwowa, egoistyczna, apodyktyczna , stawiam siebie wyżej albo się całkowicie poświęcam i nie szanuję siebie – nie umiem nic pomiędzy. Czuję pustkę i czuję wszystko naraz. W mojej głowie jest głośno nie do zniesienia i jest kompletna, wyniszczająca cisza. Nie chcę z nikim rozmawiać i chcę komuś wszystko opowiadać i płakać w ramionach. Wszyscy mnie wkurzają. Wszyscy sobie tak świetnie radzą. Widzę tylko moje błędy i niedociągnięcia, nie widzę światła, nadziei, sukcesów. Chcę doprowadzić do tego, by partner mnie zostawił, żebym nie musiała patrzeć na siebie w jego odbiciu. Chcę być sama i niech mnie nikt nie zostawia. Niech mnie ktoś przytuli i niech mnie nikt nie dotyka. Jestem w swoich myślach tak głęboko, jakbym spała. Mam puste spojrzenie. Nie ma mnie, choć coś mówię do kogoś. Nie mogę znieść ciężaru odpowiedzialności. Jeśli ktoś mi doda więcej to wybuchnę, padnę, pęknę, umrę. Mam ochotę się rozpaść na kawałki a jednocześnie zaciskam całą siebie w nerwowym uścisku. Czuje się coraz gorzej z każdą sekundą, a im dłużej w tym jestem, tym więcej lepkiej, czarnej, gęstej smoły pokrywa moje myśli i to co widzę. Widzę jak wszystko zamienia się w ZŁE. Żałuje wszystkich decyzji w moim życiu. Kto je podjął? Przecież ja tego nie chcę. Co ja tutaj robię? Skąd się tu wzięłam? Czuję się, jakbym obudziła się że snu, w którym inna ja podejmowała decyzję. A może to teraz śnię? Kim jestem?

To wszystko trwa tylko chwilę i wieczność. Zaraz znów się obudzę uśmiechnięta, lekka i upiekę ciasto.”

Następnego dnia poprosiłam o pomoc.

“Depresja poporodowa to niechęć do własnych dzieci.
To roztrzaskane na podłodze resztki starej JA, o które się potykam.
To brak akceptacji swojej sytuacji.
Chęć odważnej ucieczki z domu i tchórzostwo uciekania w nieobecność.
Wyłączanie czucia, by nie musieć znosić bólu konsekwencji podjętych decyzji.
To uczucie uwięzienia w sytuacji beznadziejnej.
Poczucie własnej nieudolności i ciężaru odpowiedzialności.
To przymus matkowania dzieciom, gdy samej jest się dzieckiem.
Depresja poporodowa to rozczarowanie sobą i swoim dzieckiem.
Depresja poporodowa to wynik nieświadomych decyzji.

Depresja poporodowa do porównywanie się, ja zawsze będę gorsza.
Depresja poporodowa to bolesny poród, zostawiający trudno gojące się blizny.
Depresja poporodowa to brak opieki, osamotnienie, brak rąk do pracy.”

W podwójnym macierzyństwie najtrudniejsze okazały się emocje mojej córki. Przygniotło mnie tez poczucie winy, że to “przeze mnie jest taka intensywna, wrażliwa, nerwowa, wymagająca”. Więc cisnęłam się, aby “być lepszą matką” za wszelką cenę. Syn okazał się nie łatwiejszy. Nieodkładalny, płakał tak samo jak ona, przy każdym przewijaniu i przebieraniu. I do tego zwraca każdy pokarm. Na siebie, na mnie, na podłogę, meble, wszędzie. Niby nic, a dla mnie to było już za dużo.

Gdy piszę to wszystko dziś, znów budzi się we mnie żal. Ten, który czułam na samym początku. Bo czuję, że z depresji się nie wychodzi. Depresją można się zaopiekować i opiekować się trzeba nieustannie. Bo to moje nieukojone lęki, żale, niespełnione (nierealne) oczekiwania. To ja sama niezaopiekowana.

“Chciałaś być “wspaniałą matką”, a dostałaś kawał roboty i gówna do posprzątania.

Poród miałam jak z marzeń, a jednak to właśnie on przełamał szalę. To on mnie złamał. Rozerwał na strzępy. Czułam się jak finalna postać z filmu Substancja. Przyjaciółki widziały, że wpadłam w czarną otchłań, a ja nie dawałam zbliżyć się do siebie. Ba, nawet sama długo siebie oszukiwałam, że wszystko jest ok. Że przecież nie mogę być w tak złym stanie, bo jak ja mam sobie poradzić, jeśli jest aż tak źle? Przecież nie ma miejsca dla mnie na odpoczynek, nie ma miejsca dla mnie na bycie bez dzieci, nie mogę się rozpadać na kawałki. Czułam, że coś jest nie tak i już dwa razy prawie dzwoniłam do psycholożki, aby pomogła mi odnaleźć się w roli matki dwójki dzieci, bo miałam wrażenie, że bez profesjonalnego wsparcia sobie nie poradzę. Coś nie jednak powstrzymywało. “No przecież nie może być aż tak źle… Ty sobie nie poradzisz?

Cierpiałam na mgłę mózgową, która postępowała. Nie potrafiłam robić prostych matematycznych równań, myliłam daty, nie rozpoznawałam numerów. Robiłam wszystko na automacie, a potem się okazywało, że popełniałam mnóstwo błędów i musiałam ogarniać wielki bałagan. Do momentu, w którym wszystkie kontrolki nie zaczęły świecić na czerwono i głośno bipać, jechałam dalej, raz z uśmiechem, a raz z pustym wyrazem twarzy. Zrozumiałam, że tak już dłużej być nie może, gdy prawie wjechałam pod samochód wymuszając nieświadomie pierwszeństwo.

Nazwałam rzeczy po imieniu.
“Chyba mam depresję poporodową. I ponieważ wszystko wskazuje na to, że mam też ADHD, powinnam przyjrzeć się temu połączeniu.”
Natychmiast znalazłam terapeutkę, która jest dostępna na cito i zajmuje się dokładnie tymi przestrzeniami. Okazała się najlepszą kobietą, na jaką mogłam trafić.
Jednocześnie włączyłam ultra-uważność, gdzie obserwowałam swoje myśli i mechanizmy. Włączyłam tryb “mental self-care”. Spisywałam wszystko, co do mnie przychodziło i zaczęłam ubierać w słowa to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, a nawet roku.
Z dystansem i ciekawością poszłam też do psychiatry po leki, bo czułam, że nie mam gruntu pod nogami, aby stawiać temu czoła bez wsparcia farmakologicznego. Psychiatrka w zasadzie po moim pierwszym zdaniu wypisała mi receptę na SSRI i choć rozmawiałyśmy jeszcze potem 15 minut, to byłam to ja sama przekonująca siebie, że tych leków potrzebuję. Czułam, że to jest lek na ból głowy.

“Ty potrzebujesz usłyszeć co ta głowa mówi. Nie zagłuszaj jej. Wejdź w ten ból zamiast go uśmierzać. Masz moc i narzędzia, by stanąć przy sobie. Masz opiekunów i przewodników. Nie jesteś sama.”

Usłyszałam jednak od psychiatrki jedno kluczowe zdanie, które rozwibrowało moje ciało – “osoba z ADHD zawsze będzie się przekraczała, bo nie widzi swoich granic”. Ah, no tak, to dlatego mam takie wrażenie, że budzę się nagle skacowana w chaosie, który sama sobie zgotowałam, gdy byłam na haju i myślałam, że mogę wszystko wszędzie naraz!

Dzięki intensywnej pracy w pełnym skupieniu na siebie odkopałam wewnątrz kawałki, które doprowadziły mnie właśnie tam. Chętnie o tym opowiem, ale to rozmowa na inny dzień. Ta historia jeszcze się pisze.

Wywołałam ten negatyw tydzień temu. Mija pół roku od porodu, a ja dopiero teraz widzę… siebie.

Widzę z jakim trudem się mierzyłam i jaki ciężar nosiłam. Widzę ten ogromny brzuch z dwu-kilowym łożyskiem i prawie 4-kilowym dzieckiem. Widzę te wszystkie stresy, poczucie odpowiedzialności, ciągłe ogarnianie, kontenerowanie emocji dziecka, surową pracę nad sobą, domem, własną działalnością… Widzę uciekanie przed zatrzymaniem, unikanie spojrzenia samej sobie [prawdzie] w oczy, brak umiejętności zaopiekowania się sobą i swoimi najprostszymi potrzebami.

Jestem, Kochana. Już jestem przy Tobie. Nie jesteś sama.