Odpowiedzialność emocjonalna. Autoportret matki cz.2.

Mija rok odkąd podzieliłam się ze światem Autoportretem matki, obnażającym tekstem o moich pierwszych 9 miesiącach bycia matką. Już dzień po opublikowaniu poprzedniego artykułu zaczęłam spisywać notatki do kolejnego. Macierzyństwo nie śpi. Dziś rozwiązujesz jeden problem, jutro już musisz stawiać czoła kolejnemu lub zastąpić stare metody nowymi. Elastyczność jaką powinna cechować się matka jest bliska kameleonowi, szczególnie pasuje mi ten element opisu: “Oczy poruszają się niezależnie od siebie, tak że każde może patrzeć w inną stronę”. Rodzic to psycholog, pielęgniarz, nauczyciel, przyjaciel, kucharz i przewodnik w jednym. Sporo tych zawodów na jedno ciało. A jednak da się. Mamy tą moc. Wymaga to integracji w sobie ogromu umiejętności, w tym organizacyjnych (ja wiem, że wszystkich ten tekst wkurza, ale prawda jest taka, że wiele rozwiązań jest kwestią organizacji), krzepy fizycznej, kreatywności, błyskotliwości, nieustannego rozwoju inteligencji emocjonalnej… O tym i wielu innych, kolejnych aspektach macierzyństwa piszę w kolejnym tekście.

Dziecko to najpiękniejsza, najszczersza, najprawdziwsza miłość. To źródło bezwarunkowej miłości, do którego mogę się dostroić. To mój kompas, gdy gubię się w zawiłościach życia. Uwielbiam patrzeć na moją córkę. Zadziwia mnie w najmniejszych detalach, codziennymi zachowaniami, ciekawością świata, zaskakującymi rozwiązaniami problemów, nieoczywistym myśleniem, takim poza szablonem, który ja znam.

Czasami czuję, że jest mną, choć budzę się z tego omamu i widzę ją, jako ONA, ta jedna, jedyna taka istota na Ziemi. Dlaczego omamu? Bo fakt, że wydaje mi się, że znam moje dziecko, że jesteśmy takie same, jest jednym z najbardziej zgubnych przekonań dla mnie jako rodzica. Zamyka furtkę do poznania człowieka, który przybył do mojego życia w potrzebie bycia zaopiekowanym z zachowaniem swojej wolności. Wolności od łatek, od tego co znamy, od narzucania mojej wizji, czy odgrywania zamkniętych, społecznych ról. A przede wszystkim zmusza dziecko do odtworzenia biegu historii. A przecież każdy powinien mieć prawo do napisania swojej. 

A czymże jest wspomniane zaopiekowanie się dzieckiem? Bliska mi kobieta określiła to trafnie w wywiadzie do mojego projektu o macierzyństwie jako “tworzenie środowiska“. W książce, którą aktualnie czytam, “Mit normalności” Gabora i Daniela Maté, to właśnie środowisko jest określane jako nienormalne, a co za tym idzie niesprzyjające zdrowemu rozwojowi dzieci, a co za tym idzie – również dorosłych. Żona autora, Rae Maté pięknie odpowiada na pytanie, czego potrzebowała, gdy była w ciąży:

“Wszyscy musimy zdać sobie sprawę, że zajście w ciążę powinno być niczym wejście do sanktuarium, znalezienie się w uświęconym miejscu i czasie: powstaje dziecko. (…) Rodzice muszą wiedzieć, że to ich wspólne zadanie; że kiedy żona jest ciężarna, mąż też jest w ciąży. Społeczeństwo musi chronić brzemienne, bo do stworzenia dziecka przyczynia się każdy. W tym akcie bierze udział cały świat”.

Niestety brakuje odpowiedniego wsparcia i zrozumienia dla rodzin, a szczególnie matek i dzieci wśród społeczeństwa i jego struktur. Na wiele elementów środowiska, w którym żyjemy i wychowujemy dzieci nie mamy wpływu. Jednak jest pewien monumentalny element tej układanki, który w mikrokosmosie dziecka zależy od nas – 

ODPOWIEDZIALNOŚĆ EMOCJONALNA

Szukając nie tak dawno opisu czym jest metoda Lowena, która przykuła moją uwagę połączeniem pracy z ciałem i umysłem, trafiłam na cytat twórcy, który teraz mogę odnieść do esencji wychowywania dziecka: 

Moja matka była typową intelektualistką, pojmowała świat rozumem; ojciec był jej przeciwieństwem – kochał przyjemności, był zorientowany na ciało. Byłem częścią jego i jej, ale nie całością siebie“. 

I czuję, że o tym jest właśnie bycie rodzicem – dostrzeżeniem co dziecko otrzymało od nas, rodziców i nauczeniem go metod odkrywania, zrozumienia i tworzenia SIEBIE. Dziś jako dorośli pracujemy nad tym dla nas samych na terapii i dla mnie wielkim personalnym “sukcesem” byłoby przekazanie córce czego się uczę, zanim powielanie moich szkodliwych przekonań stanie się dla niej nawykiem. Mocno uderzyły mnie słowa lekarki medycyny zachodniej, która przyglądała się mojej obniżonej odporności po urodzeniu dziecka – “W Chinach, kiedy dziecko jest chore, najpierw leczy się matkę”. Dostrzegam tą potrzebę we wszystkich sytuacjach, zarówno chorób ciała jak i umysłu.

I jak tu nie zwariować wiedząc, jak ogromna jest odpowiedzialność emocjonalna za nasze dzieci? To taki niechciany prezent. To gorący ziemniak, który najchętniej bym przerzucała z rąk do rąk. To ta rzecz, o której myślę “gdybym wiedziała, że tym jest rodzicielstwo, to bym się zastanowiła jeszcze raz, czy jestem gotowa na dziecko”. Z drugiej strony, rozmawiałam kilka dni temu z mężem o tym jak szeroko postrzegane “środowisko” nie sprzyja zdrowiu ludzi, tworzeniu rodziny i o tym, że coraz więcej osób nawet z tego powodu rezygnuje z posiadania dzieci. Mam jednak takie spostrzeżenie, że nie znam nikogo, kto zrezygnował z posiadania dziecka stricte z powodu braku wsparcia np. w postaci bliskiej rodziny czy kiepskiej opieki zdrowotnej, okołoporodowej. Zwykle są to jednak pobudki osobiste (wykonywanie roli/zawodu lub styl życia, które nie pomieszczą w sobie roli rodzica, niechęć do poświęcenia swojego ciała dla ciąży i porodu) i ekologiczne. Mam takie doświadczenie, że gdy poczuje się ten zew natury, ten silny instynkt potrzeby posiadania swojego potomka, to idealizuje się, romantyzuje przyszłość. Nie myśli się wtedy o tych wszystkich detalach i ciemnych stronach. Sam mój mąż miał pokrzepiające myśli o tym, że skoro dzieci rodzą się i żyją nawet w najgorszych warunkach, to on na pewno da radę być wystarczającym ojcem. 

W tym momencie mój mózg o polskiej mentalności tworzy koncept, że sens posiadania dzieci jest tylko, gdy możemy się temu całkowicie poświęcić, zrobić to “idealnie”. Wychwytuję tą myśl i odbijam argumentem, że każdy ma prawo decydować o tym kiedy i jak wychowa swoje dziecko, choć myśl o wygłodzonych, wyziębionych, poniżanych, opuszczanych, molestowanych, cierpiących dzieciach budzi we mnie smutek i niezgodę… 

Rozmawiamy z mężem też o tym, że jego start w rodzicielstwie i relacja z córką byłyby dużo lepsze, gdyby wychowywał się blisko ludzi, którzy mieli dzieci w każdym wieku. Bezpośredni kontakt z nimi oswoiłby go z tym jak np. dziecko trzymać, przewijać, ale też uwrażliwiłby na potrzeby dziecka. Mi to ogromnie pomogło. Zawsze byłam chętna do opieki nad dziećmi moich znajomych, by poczuć “jak to jest”, choć po kilku godzinach mój mózg mówił “uciekaj” i działało to jak antykoncepcja. Zdecydowanie jest to jeden z elementów, który mnie przygotował do bycia świadomą matką. Co nie zmienia faktu, że przeżyłam nie jedno załamanie, gdy się nią stałam.

Gdy moja córka była malutka, byłam przerażona, że moja złość, poczucie beznadziei i płacz z bezsilności wpłyną na nią negatywnie. Przecież muszę być dla niej wsparciem, a sama się rozpadam. I to mnie jeszcze bardziej obciążało emocjonalnie, nie pozwalało mi wyjść z bagna. Wpadałam tylko głębiej i głębiej, im bardziej chciałam się wydostać. To doświadczenie ogromnie mnie osamotniło. Wydawało mi się, że nikt tego nie rozumie, a już na pewno nie bliscy bez dzieci. Nawet w relacji z partnerem nie czułam w tym temacie połączenia. Wydał mi się on nad wyraz spokojny i opanowany, a mną szastały wszelkie emocje, łatwo się denerwowałam, bałam się wychodzić sama z dzieckiem z domu, dbałam nerwowo o drobne detale (aż do poziomu zapinania córce o 3 w nocy jednego guziczka piżamy, żeby nie zmarzła). Jestem przekonana, że wszystko zaczynało się ode mnie i moje emocje odbijały się w córce, która przez to nie była “prosta w obsłudze”. Na szczęście gdy skończyła rok i stała się bardziej niezależna i komunikatywna, ja również nabrałam więcej luzu i odwagi, by próbować nowych rzeczy, a przede wszystkim, by aktywnie czerpać radość z bycia razem.

Któregoś razu przy rodzinnym stole, moi rodzice powiedzieli, że okres między pierwszym a drugim rokiem życia dziecka to najlepszy okres dla rodziców, bo dziecko jest rozkoszne, a potem już takie nie będzie. Nie mogłam się powstrzymać od dodania tym słowom ukrytego znaczenia. Moje spostrzeżenie było takie, że rodzice nie mają cierpliwości do dzieci, bo oczekują ich “bezwarunkowego” posłuszeństwa i łatwego życia. A życie z dziećmi nigdy nie będzie łatwe ani nieustannie rozkoszne. Życie samemu nie jest łatwe, a co dopiero z małą kopią ciebie u boku, którą trzeba się non stop opiekować.

Im dzieci są starsze tym silniej wyrażają swoje zdanie, które może nie być nam na rękę. To, że dziecko budzi w nas złość często jest kwestią tego, że robi coś inaczej niż oczekujemy, niż sobie wyobrażamy. Jest inne niż chcemy, aby było nasze “wymarzone dziecko”, nie zgadza się z nami, utrudnia coś, co w naszym rozumieniu rzeczywistości mogłoby być krótką piłką. Przytoczę bardzo dobry cytat od Dr Siggie, która jak wielu instagramowych (rzetelnych) specjalistów pomaga rodzicom w samoregulacji, stawianiu granic i ogarnianiu emocji dzieci:

To nie bitwa między Tobą a dzieckiem, a bitwa między osobą, którą jest teraz jest Twoje dziecko (rzeczywistość przyp. Nat), a tą, jaką chcesz wychować (ideą przyp. Nat).

Nawiasy dodałam sama, aby podkreślić jeszcze bardziej co tak naprawdę we mnie powoduje czasem frustrację. Jesteśmy w procesie. Oczywistą oczywistością jest, jednak warto to napisać, że dzieci nie rodzą się wychowane. Nie wiedzą jak się zachowywać i my musimy być dla nich przykładem godnym naśladowania. Zawsze, nieustannie, na każdym kroku. Nie wystarczy również, że raz zwrócimy ich uwagę na to, że mogą w podobnej sytuacji zachować się inaczej. Nawyki wymagają praktyki. Niektóre tematy trzeba będzie odświeżać, przypominać, ponownie odwiedzać i na nowo rozwiązywać, metodami adekwatnymi dla wieku dziecka. 

Rzeczywistość dziecka jest taka, jaką mu prezentujemy i tworzymy. To jest ten jedyny czas, kiedy możemy kreować bliskie środowisko dziecka i jego zrozumienie “jak to wszystko działa”. Zbudować przy tym silną, bezpieczną relację przywiązania do nas, jako rodziców i nasz autorytet. A to wszystko opiera się na jednoczesnym poszanowaniu wolności i stawianiu granic dziecku i sobie. Nie jeden rodzin zadawał sobie pytania: spać razem, czy nie, dać cycka w nocy czy odstawić, zostać, gdy prosi „mama nie idź!” (ale muszę!). Co robić kiedy dziecko chce robić coś w jeden konkretny sposób, który nie do końca nam pasuje? Nie ma to jednej, uniwersalnej odpowiedzi. Moja przyjaciółka po stokroć powtarza “rób jak czujesz” i to jest jedyny kierunkowskaz w tej dziedzinie. Może Twoja koleżanka nadal karmi w nocy, ale jeśli Tobie, a zatem także Twojej rodzinie to nie służy, to znajdź swoją drogę. Tak zrobiłam ja i mimo iż chciałam karmić przynajmniej 2 lata, przestałam po ponad 1,5 roku z uwagi na moje podupadające zdrowie i nieznośny brak snu w nocy.

Nie ma jednej idealnej recepty na wychowanie dzieci, na usypianie, na sposób karmienia, na rozwój emocjonalny czy fizyczny, na zabawy. Są gotowe rozwiązania, skrypty (bardzo mi pomogła Ania z Nic na siłę), ale one wcale nie muszą się u Ciebie sprawdzić. To bardzo rozczarowujące, bo byłoby fantastycznym usprawnieniem rodzicielstwa. Niestety, jesteśmy zdani na siebie i musimy sprawdzać co działa, a co nie działa na nasze dziecko. A działa przede wszystkim autentyczność. Jeśli czymś nie jesteś, to nie ma szans, że Twoje dziecko to kupi. Nie sprzedasz mu samodzielnego usypiania czy odstawienia od piersi, jeśli w to nie wierzysz. To jest piękne, jak każdy z nas tworzy własne metody. Ktoś usypia bujając na rękach, ktoś głaska po głowie i śpiewa, ktoś usypia przy piersi, ktoś zasypia na łóżku razem z dzieckiem, a ktoś odkłada dziecko do łóżeczka samo. Ktoś zabiera malucha na gordonki i przedstawienia teatralne, a ktoś tworzy teatrzyk w domu. Ktoś inny nie robi wcale nic kreatywnego i rozrywkowego z dzieckiem, a ktoś skupia się na rozwoju motoryki czy mowy. Ktoś kupuje regularnie nowe zabawki, a ktoś robi je ręcznie. Ktoś inny w ogóle nie ma zabawek w domu i pozwala dziecku bawić się przedmiotami codziennego użytku. Ktoś karmi dziecko słoiczkami, ktoś gotuje codziennie, a komuś gotuje pomoc domowa czy bliscy. Ktoś daje dziecku jeść samodzielnie rękami, ktoś serwuje na łyżeczce, a ktoś daje łyżeczkę do łapki. Ktoś oddaje dziecko do żłobka, ktoś ma nianię, ktoś ma babcię do pomocy, ktoś jest na urlopie wychowawczym, a ktoś wybiera opiekę dzienną na spółkę z innymi rodzicami. To wszystko jest świetne, jest dobre i nikogo nie krzywdzi. Nie ma potrzeby się stresować, czy wybieram to, co najlepsze dla mojego dziecka. Wyborów jest tak dużo, że można oszaleć. To, na czym się znasz, rób najlepiej jak potrafisz. A to, czego nie wiesz, wybierz sercem (albo oportunistycznie, dopóki nie poczujesz co ci leży).

Jeśli by wierzyć w anioły, to wyobrażam sobie, że dzieci są ich ucieleśnieniem. Są czyste, wolne od niecnych intencji, manipulacji, żalu czy pretensji. Jeśli wydaje mi się, że dostrzegam w moim dziecku “diabełka”, to najprawdopodobniej są to moje niewygodne zachowania lub cechy, które mi trudno zaakceptować i których w nieszczery (a w większości przypadków nieuświadomiony) sposób próbowałam swojemu dziecku nie przekazywać. Auć, prawda w oczy kole. Ale rozwińmy to.

Projektujemy na zachowaniach dzieci intencje dorosłych – złośliwe (gdy badają granice i robią to, czego zakazujemy), krzywdzące z umyślnością (np. gdy nas biją, gryzą), irytujące i uparte (gdy powtarzają jakąś czynność, która wymaga naszej interwencji). A reagując na ich zachowania jak na dorosłych (które zresztą też niestety omylnie interpretujemy jako negatywną intencję zaogniając konflikty), odbieramy im dziecięcą niewinność i narzucamy właśnie te cechy, które nam się wydaje, że już mają. Co za paskudne, błędne koło! Świetnym przykładem był komentarz psycholożki ze żłobka, która rozpoczęła opis swoich obserwacji o mojej córce mniej więcej od słów “Ona bardzo dobrze wie, czego chce i świdruje tymi swoimi wielkimi, pięknymi oczami, by to dostać”. Choć miało to brzmieć jakby pani była oczarowana urodą dziecka i chciała zażartować, to jednak wyczułam, że nawet jako psycholożka miała ten mechanizm i przypisała mojej córce  “manipulację” swoją urodą. Mam wrażenie, że wystarczy, że moje dziecko wyglądałoby inaczej, ale wciąż zachowywałoby się tak samo, to ten komentarz by nie miał miejsca. Ha! Być może nawet zostałaby oceniona dużo agresywniej, gdyby nie była urodziwa! (Mój mąż ma ważne spostrzeżenie jako mieszkaniec Ameryki Południowej, że w kulturze (a szczególnie w filmach i bajkach) rozwiniętych krajów ludzie piękni i np. szczupli są dobrzy, a “brzydcy” i otyli są źli). Correct me if I’m wrong, ale wierzę, że dzieci w wieku 20 miesięcy jeszcze nie są świadome swojej urody i nie potrafią perswadować czegokolwiek komuś wyrafinowanymi sposobami (choć wiemy, że od urodzenia podświadomie wykorzystują to, co postrzegamy jako “słodycz” oraz “rozpacz” do zapewnienia sobie opieki i przetrwania). 

I jeszcze kolejny punkt widzenia – dziecko, czy nawet dorosły, który nieustannie (i niesprawiedliwie) słyszy, że jest np. złośliwy, zaabsorbuje tą cechę jako swoją. Jego mózg uzna, że skoro tak ktoś cały czas mówi, to tak musi być i zacznie odpowiadać tej cesze zachowaniami dla niej adekwatnymi. Ja jako dziecko i nastolatka słyszałam nierzadko, że jestem zmartwiona i smutna (a w moim zrozumieniu byłam w danym momencie po prostu wyciszona i zamyślona, być może marszcząc przy tym czoło i brwi). Tyle razy to słyszałam, że od razu mój mózg podpowiadał “skoro tak mówią, to pewnie coś mnie smuci” i natychmiast odnajdywałam powód do smutku. Pociągnę to dalej – zauważyłam też mechanizm przyciągania uwagi – skoro ktoś się o mnie martwi, że jestem smutna, podchodzi do mnie, pyta czy wszystko ok, daje mi poczucie bycia ważną, więc będę to robić częściej – tym razem z premedytacją i intencją! Czy nie tak maluchy proszą się uwagę? Powtarzając to, co wzbudza w nas jak największe emocje, reakcje?

Idąc dalej, czasem dzieci zaczynają nam coraz bardziej przypominać nas samych. I chyba to jest najtrudniejsze do strawienia. Bo zwykle w innych wkurza nas to, czego nie lubimy w sobie. Mamy takie magiczne życzenie, że nasze dziecko nie będzie miało naszych “najgorszych” cech, ale nie mamy w sumie metody na to, jak je wychować inaczej. Więc koniec końców, automatycznie powielamy te same zachowania, schematy. Jedyną metodą jest zmiana nas samych, praca u podstaw. Poczucie odpowiedzialności, żeby “nie zepsuć” dziecka jest ogromne, a żeby nie przerzucać na dziecko swoich frustracji ja osobiście muszę włożyć ogrom pracy. Konieczna jest kontrola nad swoimi reakcjami, nad formą komunikacji. Muszę zastąpić (z ang. „override”) automatyczne oprogramowanie, które mam wgrane. Cisną mi się czasem bezmyślnie na język hasła, które osaczały nas jak dym papierosowy obecny w niemal każdym gospodarstwie domowym w latach 90-tych: 

Zostaw, nie rusz, daj mamie porozmawiać z ciocią, dlaczego to robisz?, nie skacz, nie biegaj, bo się przewrócisz, weź przestań, czemu taki jesteś, nie płacz, nie krzycz, cicho bądź, jesteś niegrzeczny, tak się nie robi, liczę do trzech, nie ma się czego bać, nic się nie stało, bo przyjdzie zły pan i cię zabierze. Mam wymieniać dalej? Co się złościsz? Złość piękności szkodzi! Siedź prosto, nie wierć się, co się mówi? Idź do swojego pokoju, nie denerwuj mnie, tyle dla ciebie zrobiłam, a ty co?

To wszystko, gdzieś pomiędzy niewyspaniem i przepracowaniem, warto wyłapywać zanim się wyślizgnie z ust i zastępować zrozumieniem, cierpliwością, nazywaniem emocji, zaproszeniem do rozmowy i słuchaniem, ocenianiem realnych możliwości dziecka dla jego wieku i sytuacji, stawianiem granic z życzliwością, ale stanowczością, zadawaniem pytań, prostym tłumaczeniem, obracaniem trudności w zabawę, siadaniem obok i pomaganiem, wykonywaniem pewnych czynności razem, pozbawianiem samego siebie regenerującego snu, udawaniem zwierząt czy bohaterów z bajek, gotowaniem czegoś, co tym razem zasmakuje, wybieraniem priorytetów, regulowaniem własnych emocji, wspólnym braniem rozluźniających oddechów, szukaniem prawdziwego dna – źródła trudnych emocji dziecka, i po prostu miłością. To wszystko jest mi przeważnie nowe, nikt mi tego wcześniej nie pokazał, nie są to moje naturalne instynkty.

Dr Siggie, o której wspominałam, pomogła mi także w odnalezieniu metody na sytuacje, w których kompletnie nie wiedziałam jak sobie radzić. NIE. Słowo rozbrajające. Słowo mocniejsze niż niejedna forma przekupstwa czy próba tłumaczenia. Ponieważ nie zostałam wychowana w nurcie bezprzemocowej komunikacji, mam braki w swoim słowniku i zasobie metod. Mam dobre intencje, ale brakuje mi słów, by np. wyperswadować córce bicie mnie, gdy czuje złość lub rzucanie jedzeniem, gdy nie jest głodna. 

Tak, robimy to. Teraz. Wiem, że potrafisz.” 

Te magiczne słowa pomagają odnaleźć stanowczość, której nie wyczuje się w “błagam Cię, przestań”, “tak się nie robi”, “to boli” itp. I te słowa pomagają mi w wielu innych momentach, jak np. przejścia między jedną czynnością a drugą (np. koniec zabawy i rozpoczęcie rutyny przed snem lub wyjście z domu). Oczywiście słowa to nie wszystko. Wszystko zaczyna się w środku. To my musimy być przekonani, że to co robimy jest dobre. Jeśli nasze serce jest rozdarte, to nie przekonamy dziecka swoim niezdecydowanym tonem i brakiem konsekwencji. Druga ważna cecha, to cierpliwość. Wrócę znów do tematu nawyków, które wymagają powtarzania na etapie powstawania. 

Tak, na większość naszych trudności w postaci buntu, sprzeciwu dziecka, jest proste rozwiązanie. Załóżmy mycie zębów. Codziennie mniej więcej w tym samym momencie w ciągu dnia proponowałam mycie zębów i starałam się obrócić to we wspólne, przyjemne, zabawne doświadczenie. Metodą prób i powtarzania czynności stworzyłam dla córki nawyk, swego rodzaju rutynę – idziemy spać, więc wcześniej myjemy zęby. Momentami był płacz, było uciekanie, zaciskanie ust, bo to forma reakcji na coś nowego albo nudnego, a może niewygodnego, czego nie lubi, a może próba decydowania o sobie. Ale czy nam się podoba, że płacimy podatki? Że trzeba zmywać naczynia? Albo, że rosną nam włosy pod pachami? Albo, że musimy pracować i nie możemy cały dzień leniuchować z bliskimi? Przypuszczam, że nie do końca, ale rozumiemy już, że taka jest kolej rzeczy, tak wygląda rzeczywistość. Dzieciom też nie musi się wszystko podobać, ale pewne czynności po prostu musimy wykonywać dla swojego dobra i możemy odnaleźć w nich przyjemność. Możnaby oczywiście się ugiąć i powiedzieć “moje dziecko nie lubi myć zębów, ja się poddaję”. Natomiast jeśli usuniemy wszystkie przeszkody i niezadowolenie z doświadczeń dziecka, stworzymy mu nierealne środowisko, które po wyjściu z domu pęknie jak bańka mydlana. Stworzy też nawyk unikania trudnych emocji i niewygody. Jest to forma rozpieszczenia, informacja, że możesz magicznie mieć wszystko czego chcesz. Fajnie by było, gdyby to była prawda. Ale nie jest. 

Oczywiście gdzieś też leży granica tego, ile my jesteśmy w stanie unieść, np. ile sprzeciwów w ciągu dnia lub generalnie “humorów” naszego dziecka w ciągu tygodnia. Krótkowzrocznie, dla mojego świętego spokoju, a niekiedy z wygody danej chwili rezygnowałam czasem z inspiracji dziecka do współpracy (pozwolę sobie użyć eufemizmu, bo przypomina to raczej potliwe mentalne i fizyczne akrobacje). Co wracało rykoszetem.

Obserwuję pewien powtarzający się motyw w zachowaniach świeżo upieczonych rodziców z ostatnich lat i mam w sobie dużo pytań. Czy chcemy dać naszym dzieciom wszystko i to co najlepsze, a przede wszystkim wszelką możliwą miłość i pozwalać na wszystko, bo chcemy być lepsi, niż nasi rodzice? Bo nie chcemy „zepsuć” naszych dzieci? Nie chcemy, żeby im czegokolwiek zabrakło, tak jak nam, gdy byliśmy mali, ale nie widzimy, że od przesytu też można się rozchorować? 

I patrząc na rodziców starszych dzieci, często się zastanawiam dlaczego rodzice zapisują dzieci na milion dodatkowych zajęć po szkole, wkurzają się, że nie mają czasu taczki załadować, bo trzeba zawozić, czekać, przywozić, tu korki z angielskiego, tam basen, tu tekwondo. Czy dzieciaki nie są wykończone ilością stymulantów już po samej wizycie w szkole? Czy one nie padają na pysk po takiej ilości wydarzeń w ciągu dnia i intensywnej pracy mózgu? Może właśnie o to chodzi, by dziecko po prostu spało jak zabite? A może chodzi o to, by nie spędzało za dużo czasu w domu, bo wtedy my musimy się nim zająć, a nie bardzo mamy czas, pomysł, ochotę, przestrzeń? A może wywodzi się to z podejścia, że moje dziecko musi mieć wszystko co najlepsze i być dobrze przygotowane do stawiania czoła wyzwaniom dorosłości? A więc świetnie wyedukowane i ponadprzeciętnie rozwinięte? A może najlepsze? A może to robimy dlatego, bo chcemy by dziecko robiło to co inne dzieci z grupy? Żeby nie czuło się gorsze, biedniejsze? A może dlatego, że my tego nie mieliśmy, a teraz jest tyle możliwości i trzeba z tego dobrobytu korzystać?

Zadam kolejne pytanie – co nam ten wielki plan daje? Bo ani nie zyskujemy czasu dla siebie, gdy jesteśmy rozrywani między jednym zadaniem a drugim, ani dzieci nie mają czasu się ponudzić, co jest równie ważnym elementem rozwojowym w życiu człowieka, ani nie mają z nami jakościowego czasu i przestrzeni, by spokojnie porozmawiać. Zauważcie, że gdy zapytamy drugiego człowieka “co u Ciebie?” w przelotnej rozmowie, nie będzie to miejsce na rozmowę o tym, że ktoś przechodzi trudny okres, czy potrzebuje pomocy. Takie rozmowy wymagają “rozgrzewki”, wymiany chociaż kilku zdań, które otworzą nas na siebie, zbudują zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Takie filmowe rzucenie w drodze do domu samochodem “jak było w szkole?” i odburknięcie dziecka “ok” zdecydowanie nie daje nam obrazu co rzeczywiście u naszego małego człowieka się dzieje. Czytam dalej “Mit normalności” Gabora Maté i rozpadam się na kawałki zdając sobie sprawę z tego, jak zagubione, samotne i niezaopiekowane mogą być dzieci i młodzież z ostatnich dwóch pokoleń w imię postępu i konsumpcjonizmu… Brak silnych więzi z rodzicami i dalszą rodziną, poszukiwanie wzorów do naśladowania wśród rówieśników, a do tego elektronika, internet i uzależniające gry, które zaburzają kontakt z rzeczywistością zarówno w jak i poza ekranem. Jak odnaleźć balans w tym wszystkim?

Czy jesteśmy dobrymi rodzicami, gdy dostosowujemy dziecko do nas i naszego komfortu, czy gdy my dostosowujemy się do potrzeb dziecka? Ponownie odwołam się do  “Mitu normalności”, który podkreśla jak ważne jest dla rozwoju emocjonalnego nie ignorowanie podstawowych potrzeb dziecka m.in.: szyb­kie reago­wa­nie na potrzeby nie­mow­lę­cia i zapo­bie­ga­nie nie­po­ko­jom, czę­sty dotyk i stała obec­ność fizyczna, w tym dotyk połą­czony z ruchem; kreatywna i swobodna zabawa, wolność do wyrażania siebie. Mój mąż potrafił grać na Playstation i pracować przy komputerze, gdy zajmował się dzieckiem. Robił to mimo iż wcześniej ustalaliśmy, że do co najmniej 2 roku życia nasza córka nie będzie mieć kontaktu z ekranami. Mąż dbał o swoje potrzeby i priorytety, nie zmieniał się drastycznie dla dziecka. Ja z kolei poszłam po drugiej bandzie, zmieniając niemalże wszystko w pierwszym roku życia dziecka. Dopiero po tym czasie zdobyłam się na odwagę wychodzenia ze strefy komfortu (złudnego) i przede wszystkim zadbania o moje potrzeby, np. pracę kreatywną, podróże, spotkania z przyjaciółmi. Dziś mój mąż ma dużo większe skupienie na dziecku i poświęca jej dużo uwagi. Musieliśmy obydwoje zrozumieć gdzie leży środek pomiędzy potrzebami naszymi a dziecka.

Przekraczając swoje granice nie robimy nic dobrego dla naszych dzieci. Wręcz odwrotnie. Dajemy im kiepski przykład do naśladowania. Czy życzyłabym swojej córce, aby się tak samo poświęcała dla swojego potomka? Nie, radziłabym jej zadbać najpierw o siebie. A zatem staram się myśleć o sobie, jak o swojej córce. Opiekować się sobą tak, jak chcę dbać o nią. To jest forma miłości, nie egoizm. Napełniając swój dzbanek spełnionymi potrzebami mogę dzielić się z innymi. Z pustego dzbanka nie nalejesz, przypominam sobie raz po raz.

Jeśli chcemy, by wszyscy w rodzinie czuli się wolni i uszanowani, wierzę, że trzeba stworzyć listę tego, co możemy, a czego nie, tak by każdy poruszał się w przestrzeni swobody. Im starsze będzie dziecko, tym więcej będzie przestrzeni na tą swobodę, jej granice będą się poszerzać, choć ja sama nie chcę budować wokół tego moich oczekiwań co do przyszłości. Miałam moment… nazwijmy to stanowczego, radykalnego podejścia do rodzicielstwa, gdzie zapisałam: “Czy dziecko przyszło na świat by nam służyć, czy my je sprowadziliśmy, by służyć jemu do bycia wolnym człowiekiem? Jest tu spore zaprzeczenie, bo jeśli my służymy dziecku, by rozwijało się w swojej wolności, to gdzie się podziała nasza? Sami ją sobie odebraliśmy decydując się na dziecko, czyż nie? Próbowałam wierzyć, że jest inaczej, że ja zrobię odwrotnie niż znajomi, z zamkniętymi powiekami i zaciśniętym w dłoni kciukiem robiłam to dziecko, a potem zaskoczyło mnie to, że wyszło jak zawsze. Wolność trzeba zredefiniować, gdy stajemy się rodzicami. To znaczy nie rezygnować z niej, po prostu zrozumieć, że warunki życia się zmieniły. Nie jesteśmy niewolnikami, możemy nadal o sobie decydować, ale w poszanowaniu również wolności i granic naszego dziecka. To kształtuje jego szacunek do nas i do siebie samego. Jeśli my się przekraczamy ponad nasze siły, to dziecko również będzie się przekraczało w swoim życiu dorosłym, bo taki dostanie szablon zachowań do powielania. Te granice wolności naszego dziecka wprowadzą w naszej rzeczywistości pewne limity. Chcesz być całkowicie wolny od odpowiedzialności? Bądź sam. Stworzenie dziecka i przygotowanie go do samodzielnego życia to ogromnie ciężka, żmudna praca, którą trzeba przede wszystkim zaakceptować jako swoją codzienność. To jest to, co mylimy z odebraniem wolności. To jest właśnie odpowiedzialność.”

Pada często hasło, że dziecko nie potrzebuje idealnych rodziców. Co to dla mnie znaczy? Nie da się być nieustannie zen i nie popełniać błędów. To znaczy, że mogę czasem się złościć, załamywać, mogę nakrzyczeć. Wystarczy, że spojrzę na to, znajdę źródło tych emocji, przeproszę za uniesienie głosu i autentycznie następnym razem spróbuję zareagować inaczej. Np. zanim zacznę wylewać swoją agresję na dziecko czy partnera powiem „Oooo, ale się we mnie gotuje! Zaraz wybuchnę! Muszę pooddychać/poskakać/pokrzyczeć/pouderzać w poduszkę/wytrząść/wytańczyć te emocje albo po prostu wyjść na chwilę i pobyć sama”. Powiedzieć o tym, zakomunikować to, nazwać to, pomóc sobie samej zrozumieć, później porozmawiać nawet głębiej o tym z bliskimi. Wierzę, że tak budujemy inteligencję emocjonalną i język uczuć. Nie da się tego jednak osiągnąć bez praktyki uważności i po prostu bycia czasem samemu ze sobą.

Kilka dni temu usypialiśmy córkę 3 godziny. Był to dość spokojny czas, dużo przytulania, śpiewania kołysanek. Ponieważ takie sytuacje są u nas (niestety) na porządku dziennym, jestem już za frustracją i odnajduję w sobie zgodę na to, jak to wygląda, dlatego też dużo w tym czasie rozmyślałam. Przeczytałam kiedyś, zanim jeszcze zaszłam w ciążę a bardzo interesowałam się psychologią i wychowywaniem dzieci, artykuł o zasypianiu dzieci, w którym jedyną radą było zakceptowanie tego jak jest i wyciągnięcie z tej sytuacji czegoś dla siebie – quality time z dzieckiem czy formy odpoczynku, a nawet drzemki. Były to słowa, które często trzymały mnie przy zdrowych zmysłach, gdy moja córka skakała po mnie zamiast słodko ssać paluszek i chrapać. Ale też pojawiały się kontr myśli, a w zasadzie pragnienie, które skutkowało irytacją i brakiem cierpliwości. Pragnieniem robienia teraz czegoś innego niż usypianie dziecka. Myśl “nie chcę tu być” i “należy mi się czas dla mnie” dosłownie gotowały we mnie złość. To z kolei dziś przypomniało mi moje dziecko, które reagowało płaczem, krzykiem i wyrzucaniem rąk w powietrze, gdy prosiłam o zrobienie czegoś innego niż robi w danym momencie. Jak wtedy reaguję? Potwierdzam uczucia i nazywam po imieniu sytuację. “Widzę, że jesteś zdenerwowana. Chcesz nadal się bawić wodą.” Co się wtedy dzieje? Moje dziecko przestaje płakać i potwierdza, że tak właśnie jest. Kontynuuję i proponuję alternatywę. “Zobacz, zamoczyłaś buty. Musimy je zdjąć i wysuszyć. Pobawimy się wodą w wannie podczas kąpieli, ok?” Czasem to zadziała, czasem muszę coś powtórzyć, ale ogólnie potrzeby dziecka są zaspokojone i zapada spokój… do następnej takiej sytuacji 😀 Ale do czego zmierzam? Że potrafiłam wkurwiać się i niestety ten wkurw okazywać córce, która kompletnie nie reagowała na moje próby usypiania jej. Oczywiście to pogarszało tylko sytuację i powodowało, że zachowywała się złośliwie (ha!), równie nerwowo jak ja. Dosłownie odbijała mi lustrem moje emocje. A wystarczyło powiedzieć sobie w środeczku “Natalia, jesteś rozczarowana, bo chciałabyś teraz czytać książkę albo obrabiać zdjęcia, ale musisz tu być przy swojej córce, która Cię potrzebuje. Robisz świetną robotę jako mama.” I tyle. Od razu lżej. Czuję się zrozumiana, akceptuję to, na co nie mam wpływu i jeszcze dostałam poklepanie po pleckach! Zdecydowanie za rzadko to robię.

Szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko. Znam to od dawna, a jednak dopiero teraz rozumiem na czym ta zależność polega. Kiedyś mimo wszystko podświadomie myślałam “Jak to szczęśliwa mama? Mama nie może być szczęśliwa jak ma dziecko, chyba że całkowicie ignoruje potrzeby dziecka (i niestety nierzadko powoduje dużo cierpienia u dziecka)“. Dlatego kolejnym etapem jest znalezienie dla siebie czegoś, co sprawia mi przyjemność w sytuacjach, w których muszę, a nie do końca chcę być. Bliska mi młoda mama czyta na Kindlu kilka stron książki zaraz po tym jak jej bobo zaśnie, ale jeszcze nie jest gotowe na oderwanie od fizycznego kontaktu (słynne 5-15 minut po zamknięciu oczu niemowlaka). To mnie zainspirowało, by kupić czytnik i mieć te wszystkie książki, których lista się nie kończy zawsze pod ręką. Rzeczywiście czytam więcej i daje mi to dużo radości. Z kolei zasypianie, a nawet rozleniwienie się między 19 a 20, kiedy jeszcze mam (a raczej spójrzmy prawdzie w oczy, “miałam”) te 1-2h dla siebie, odbierało siłę i ochotę na robienie czegokolwiek innego niż umycie zębów i pójście dalej spać z dzieckiem. Nie ma tu idealnego rozwiązania, ale wierzę, że da się odnaleźć w tym wieczornym, przydługim rytuale czy innych takich sytuacjach coś, co nas uszczęśliwia.

Pragnę jednak wrócić do tematu warunkowania dzieci, np. poprzez usypianie. Mam nieodparte wrażenie, że niektóre dzieci, które są posłuszne (np. zasypiają same mimo wieku, który generalnie wymaga wciąż bliskości fizycznej z opiekunem), to dzieci, które czują, że na miłość muszą zapracować konkretnym zachowaniem. I nie jest to coś, co widzi się gołym okiem, a raczej pod psychologicznym mikroskopem, po zdjęciu wielu warstw strachu i strategii samoobrony. To przede wszystkim uciszanie lub ignorowanie płaczu dziecka, dezawuowanie i blokowanie jego uczuć, używanie siły, a także prezentowanie sobą nieadekwatnych uczuć do danej sytuacji potrafi zaprogramować dziecku skrzywioną matrycę rozpoznawania swoich potrzeb i zależności emocjonalnej od innych ludzi. Taki nieszczęśliwy człowiek będzie unikał ryzyka wzbudzania w rodzicach złości, co będzie błędnie postrzegane jako posłuszeństwo. Opiekunka naszej córki i córki naszych przyjaciół podzieliła się ważnym spostrzeżeniem – grzeczne, spokojne dzieci to nierzadko dzieci bez umiejętności ani poczucia przestrzeni na ogarnięcie swoich emocji. A dzieci, które czują się bezpieczne w swoich emocjach, zrozumiane i wolne bywają bardziej żywe, “nieposłuszne”, mają większe amplitudy emocji. Czasem pocieszam się tym, gdy córka przy mnie wyrzuca z siebie niczym w dzikim transie absolutnie wszystko, ale wciąż nie chce bym odchodziła od niej. Myślę sobie wtedy “czuje się przy mnie bezpieczna i wolna w swojej wrażliwości i nowych doznaniach.” Daje mi to siłę, by wytrwać w spokoju przy niej, być dla niej wsparciem.

Doświadczyłam ogromnych wyzwań emocjonalnych od pierwszego dnia po urodzeniu dziecka, gdy musiałam zostawić je płaczące (samo na chwilę lub pod opieką innej osoby). Patrzeć jak jest niezadowolone, nieuszczęśliwione, słuchać nieznośnego lamentu. Kiedyś to łamało mi serce, teraz wręcz wychodzę z domu czy do drugiego pokoju z ogromnym poczuciem satysfakcji i zadbania o swoje potrzeby. W którymś momencie zrozumiałam, że nie mogę sama zażegnywać każdego kryzysu. Po pierwsze muszę oddać to pole mężowi, czy opiekunkom, a nawet kiedyś samej mojej córce. Co nie oznacza, że zostawiam ją samą na karnym jeżyku. Pomagam ile mogę i gdy widzę, że już nic nowego nie wniosę daję jej przestrzeń na zauważenie, że nic złego jej się nie dzieje, jest bezpieczna i może czuć to co czuje tak długo jak to jest jej potrzebne. Czasem zadawałam sobie pytanie, czy chcę stworzyć bańkę, w której ten malutki, bezradny, niewinny człowieczek wierzy, że życie to tylko motylki, czekoladowe ciastka i uśmiechy? Myślę, że owieczki, które prowadzimy przez życie też muszą doświadczyć wyzwań, z którymi my się borykamy. Oczywiście w bezpiecznych ramach adekwatnych do ich wieku, czy zdrowia. Przecież nie zostawimy dziecka płaczącego w łóżku, gdy bolą go dziąsła od ząbkowania (choć najczęściej w pierwszym roku czy dwóch nie wiadomo czemu dokładnie dziecko płacze i to jest źródłem naszego dodatkowego niepokoju). Nie powiemy „radź sobie sam”, gdy się przewróci. Ale jeśli mama musi pójść do łazienki (bez dziecka jedzącego papier toaletowy i wchodzącego pod mokry prysznic po to, by za chwilę się wywalić na twarz i zacząć niemiłosiernie płakać), czy wyjść do pracy, to idzie. Dziecko popłacze te kilka minut, ale mama wróci. I to jest nauka dla dziecka – „Mama chce zadbać o siebie, postawiła siebie na pierwszym miejscu, aby mieć siłę i cierpliwość być dla Ciebie, Maluszku. Już jest z powrotem, teraz może ci dać całą swoją uwagę. Mama wraca, mama nie znika, nie zostawiła Cię. Mama czasem musi wyjść”. A jeśli tata jest obecny, to może poćwiczyć swoje skille odpowiedzialności emocjonalnej, wypróbować wszystkiego co ma w arsenale, by dziecko utulić, ukochać, zaspokoić jego potrzeby, zabawić, czy odwrócić uwagę.

Zauważyłam też ciekawą zależność. Kiedy dziecko ma gorszy dzień i marudzi od rana na wszystko jest jak spadająca ze szczytu kula śnieżna. Bez naszej miłości i utulenia tego, przez co przechodzi, jego trudne emocje jak i nieszczęśliwe wypadki będą się nawarstwiać. Będzie tylko gorzej, aż do limitu, którego lepiej nie osiągać. I jak teraz o tym myślę, to wierzę, że działa to zarówno w codzienności jak i w większych wyzwaniach życiowych jak choroba, czy strata. Znam to dobrze z własnego doświadczenia. Tak samo trzeba zaopiekować się sobą w trudnym czasie. Zatrzymać się, nie przeć do przodu, gdy się “przewróciliśmy”, gdy wydarzyło się coś dla nas trudnego. Pomocne będzie otulenie się kocem i położenie się na kanapie, usłyszenie i pozwolenie sobie na smutek, rozczarowanie, zmartwienie. Aby przerwać ten proces, trzeba rozbić na mniejsze kawałki tą kulę nieszczęść.

Ten obraz daje mi światło na to, jakimi mocarnymi twórcami jesteśmy jako rodzice. Ile mamy mocy. Rodzice tworzą świat, tworzą nowe pokolenia ludzi, którzy będą dalej ten świat rozwijać. Gdyby tak wziąć za to odpowiedzialność? Za to, że nasze dzieci będą tworzyć relacje z innymi ludźmi, osobiste i zawodowe, dawać przykład swoim dzieciom. Nie myśleć tylko o tym, co jest wygodne dla mnie tu i teraz, ale w zrozumieniu, że nie żyjemy osobno w rozłączeniu z innymi, a w społeczeństwie, w jedności i dla całej ludzkości wziąć na siebie pielęgnację zasianego ziarenka przyszłości… może wtedy świat byłby lepszym miejscem dla nas wszystkich? Gdy czuję się beznadziejnie wobec otaczającego mnie cierpienia, braku sprawiedliwości, wojen, na które nie mam wpływu, na duchu podnosi mnie fakt, że mogę w swoim małym środowisku robić wielkie zmiany, zarażać ludzi miłością i dobrem. Koniec końców ta odpowiedzialność za dziecko staje się powodem do chluby i motywatorem dla mnie, by się dalej rozwijać. 

Myśląc o przyszłości, zdaję sobie sprawę, że miłość mojego dziecka do mnie, choć z natury jest bezwarunkowa, nie oznacza, że za kilka czy naście lat moje dziecko będzie mnie lubić. Nie chcę się wkupywać w łaski dziecka i jednocześnie czuję na karku oddech przyszłości i chcę dawać z siebie wszystko, co najlepsze. Zastanawia mnie czasami jak będą wyglądały rozmowy, dyskusje i konflikty naszych dzieci, które staramy się wychowywać w nowym nurcie – nurcie bliskości, zdrowych granic, porozumienia bez przemocy, miłości do siebie i innych. Teraz wydaje mi się to abstrakcyjne, że moja córka np. zacznie zdanie od “Czuję smutek i rozczarowanie.” zamiast powiedzieć np. “Zrujnowałaś mi życie!”. Wiem na pewno, że nadchodzi wielka zmiana i czuję dumę, że mogę żyć w czasach, które odwracają bieg historii.